Piotr W. Cholewa – Zaczynałem tłumacząc teksty dla fanzinów

Kim jesteś i skąd się wziąłeś?

Nazywam się Piotr Cholewa. Tradycyjnie dodaję W. między imieniem i nazwiskiem – to z czasów, kiedy pisałem pracę magisterską.

A skąd się wziąłem? Wiesz, na początku był chaos, potem pojawiły się pierwsze aminokwasy, moi przodkowie przetrwali wielkie wymierania…

Albo też: jesteśmy dorośli, wiemy, skąd się biorą dzieci. A poważnie? Urodziłem się, skończyłem odpowiednie szkoły i studia…

W siódmej klasie podstawówki dostałem pierwszą książkę SF – “Wakacje cyborga”, antologię opowiadań francuskich. Zachwyciłem się i pomyślałem, że teraz będę czytał tylko fantastykę. Nie wytrwałem w tym postanowieniu (na szczęście, ale tak się zaczęło).

To może ja dopowiem jedynie, bo już widzę pewne symptomy, że największą przeszkodą w przeprowadzeniu tej rozmowy będzie skromność Piotra. I nie dajcie się jej, drodzy czytelnicy, zwieść, bo to człowiek niezwykle w Fandom zanurzony i z wielkimi dla środowiska zasługami.

Do jakich fandomów należysz?

To trudne pytanie, bo ja je nie całkiem rozróżniam. Nie gram w RPG – zajmuje to za dużo czasu. Ale przecież grałem czasami, podobnie jak w LARPach różnego typu. Nie powiedziałbym, że należę do fandomu LARPowego czy RPGowego, ale nie są mi one zupełnie obce.

Na pewno nie jestem cosplejowcem, nie maluję figurek. Ostatnio nie gram właściwie w planszówki. Oczywiście jestem czytaczem, i oglądaczem filmów. I uczestnikiem konwentów. Czasem pomagam w organizacji. Nie wiem, co jeszcze mógłbym tu napisać…

Dlaczego akurat to?

A dlaczego nie? A na poważnie – kiedy zaczynałem, były tylko książki (a i te trudne do zdobycia). Czasem filmy. Tak się przyzwyczaiłem. Pierwsze konwenty były szokiem poznawczym (w pozytywnym sensie), przy pierwszym konwencie mojego klubu pracowaliśmy (z moim przyjacielem Rakiem), uczestniczyliśmy i udzielaliśmy się nadzwyczaj intensywnie. Tak zostało.

A istnieje fandom fanów twórczości Pratchetta? Bo tak sobie myślę, że gdyby taki w naszym środowisku istniał, to byłbyś w nim zapewne postacią nietuzinkową. Zwłaszcza, że analiza Twoich tłumaczeń stała się tematyką prac licencjackich i magisterskich.

Wiesz, to jest trochę inna historia. Kiedyś (za pośrednictwem mojej żony Eli) trafiłem na forum “Ulice Ankh-Morpork”. Jak to zwykle, po pewnym czasie kontaktów sieciowych, ekipa zapragnęła się spotkać fizycznie i zaprosiliśmy ich do klubu. Znaczy, do siedziby Śląskiego Klubu Fantastyki. Poznaliśmy się bliżej, kontakty były bliskie i przyjazne. Ale po śmierci Pratchetta, kiedy nie było już nowych książek, aktywność forum osłabła. Jednak niektóre znajomości przetrwały. Spotykaliśmy się jeszcze, już niekoniecznie w Katowicach. Takie “mikrokonwenty”.

W Anglii Pratchettowski fandom był bardziej aktywny, odbywały się specjalne konwenty – Discworldcony. Byliśmy na kilku. W 2016 (już po śmierci Pratchetta) w Warwick spotkaliśmy Grace z forum Pratchett.pl . I potem spotykaliśmy się z ekipą z tego Forum, która też przez jakiś czas organizowała takie malutkie konwenty pod Krakowem.

Te fora nadal działają, ale domyślasz się pewnie, że aktywność jest znacząco słabsza.

A co do prac licencjacko-magisterskich… No są, tych dotyczących tłumaczeń jest sporo, kiedy je czytam, jestem szczerze zdumiony, jakie środki i metody stosuję w tekstach (i jak się niektóre uczenie nazywają). Trochę mnie to dziwi, bo ileż można pisać o paru książkach (no, parudziesięciu raczej). Jednak naturalnie trzymam kciuki i w ogóle.

Jak trafiłeś do aktywnego fandomu?

Opatrzność mnie doprowadziła… Kiedy wracałem z uczelni do domu, mijałem taką dużą księgarnię, do której czułem się w obowiązku zajrzeć i zapytać, czy jest coś z fantastyki. Zwykle nie było, ale czasem się trafiało. No i kiedyś mieli, chyba to było coś z legendarnej serii z dżdżownicą KAW (naprawdę nazywała się Fantazja – Przygoda – Rozrywka), a w książce znalazłem ulotkę. Mówiła, że właśnie powstał Śląski Klub Fantastyki i zaprasza we wtorki, itd. Los przemówił, poszedłem, najpierw remontowaliśmy pomieszczenia, potem zostałem antykwariuszem… I tak poszło.

No nie, nie pozwolę Ci w trzech zdaniach zamknąć opowieści o początkach samoorganizacji Fandomu, o początkach klubów. Opowiedz nam coś więcej o tym fascynującym czasie kiedy rodziły się struktury, które dziś uznajemy za oczywistość.

To cała historia. Kiedy przyszedłem do klubu, ten już istniał i był oficjalnie zarejestrowany. Z tą legalizacją trafiliśmy zresztą w czas szczególny, takiego wybuchu swobód. Które długo nie trwały, skończyły się wraz ze wprowadzeniem stanu wojennego w grudniu 1981. A klub został oficjalnie zarejestrowany we wrześniu. Potem przez dłuższy czas formalnie istniały tylko dwie organizacje: my i Polskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki (PSMF) w Warszawie. Ludzi, którzy chcieli zakładać nowe struktury władze odsyłały do PSMF-u, żeby klub został ich oddziałem. To się zmieniło chyba w 1987, wskutek legendarnej wyprawy komandora Krzysztofa Papierkowskiego, który w galowym mundurze Marynarki Wojennej, z kordzikiem i orderami udał się do Ministerstwa i przekonał odpowiednie osoby, że Gdański Klub Fantastyki zajmuje się no, fantastyką. A fantastyka wiadomo, rzecz niepoważna. No i odpuścili, otwierając wrota dla innych.

Co ważne: w tym 1981 dostaliśmy lokal. Stare magazyny wydawnictwa Śląsk, w stanie technicznym “rudera”. Nawet jakaś trawa rosła w kącie. Remontowaliśmy to długo. Ale muszę zaznaczyć, że własna siedziba jest nie do przecenienia. To miejsce, gdzie ludzie trafiają. Znam kluby, które miały miejsca spotkań np. w domach kultury, gdzie potem zmieniało się kierownictwo i okazywało się, że ten ich pokój jest bardziej potrzebny np. kółku szachowemu. Taki los. Mieliśmy szczęście, choć zaliczyliśmy kilka przeprowadzek.

Jak obecnie realizujesz swoje zaangażowanie w hobby?

Tak jak poprzednio. Jeżdżę na konwenty, czytam książki, oglądam filmy, działam w klubie – choć oczywiście mniej intensywnie niż kiedyś. No i nie należy przeszkadzać młodemu narybkowi.

I ani słowa nie wspomnisz tu nawet o niezwykle popularnych prelekcjach jakie sam, albo z Michałem prezentujecie na różnych konwentach? A to bardzo ciekawa forma zaangażowania w fantastyczne hobby, tym bardziej, że zawsze zbieracie pełne sale słuchaczy. A i dobór tematów nie jest zbyt standardowy. Więc nie odpuszczę i muszę o to zapytać.

Zaczynałem sam, póki Michał był nieletni. Jakieś takie standardowe tematy, o potworach, o efektach w filmach, o Rayu Harryhausenie (chyba do niego wrócę – to taki geniusz animacji poklatkowej). Michał najpierw wpadł na pomysł, żeby opowiadać o broni (fantastycznej i nie), bo to temat-rzeka, potem o ciekawych  bitwach (kosmicznych i rzeczywistych). I tak to leci. Pierwsza bitwa, o jakiej mówiliśmy, to Verdun – efekt tego, że wracając z Francji się tam właśnie zatrzymaliśmy… No i zobaczyłem, co zobaczyłem.

Co uważasz za swoje największe fandomowe osiągnięcie?

To trudne pytanie. Poznałem świetnych ludzi, których inaczej bym nie poznał. Miałem kontakt z najróżniejszymi środowiskami. Mam kumpli. W klubie poznałem żonę. A wcześniej spotkałem mojego przyjaciela Piotra Raka.

A tych rzeczy bardziej wymiernych, to razem z klubem zorganizowaliśmy pięć Polconów, do czego przyłożyłem rękę. To były całkiem udane Polcony, moim zdaniem.

W całej masie rzeczy, do których przyłożyłeś rękę wspomniałeś właśnie Polcony organizowane przez ŚKF i ja to absolutnie rozumiem, bo kiedy w latach 90-tych wchodziłem do Fandomu to wasze konwenty imponowały bogatym programem i sprawnością realizacji.

Jednak chciałbym poruszyć też inną aktywność, w której partycypowałeś, a która właśnie obchodzi swoje czterdzieste urodziny. Mam na myśli Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Powiedz proszę choć kilka zdań o jej początkach i Twoim w nich udziale.

To była ciekawa historia. Kluby powołały nagrodę SFINKS, miała być takim naszym Hugo. Ale z powodów hm… logistycznych, głosowały kluby, a nie fani jak dziś (wiązało się to z pewnymi finansowymi nakładami). Kilka osób przyznaje się do autorstwa tego pomysłu, nam przedstawił go Piotr Kasprowski, nasz pierwszy prezes. Wydaje mi się teraz, że po prostu idea krążyła w fandomie i pomysły wpadały ludziom do głowy.

Dalej wiadomo: pierwszym laureatem została “Paradyzja” Janusza A. Zajdla, który nie zdążył już nagrody odebrać. Przegłosowaliśmy, żeby zmienić jej nazwę na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla.

Po zmianach politycznych działalność klubowa trochę osłabła, ludzie zajęli się czymś innym, kilka razy nagrody nie przyznano. Wtedy pojawił się pomysł, żeby zmienić regulamin na taki bardziej jak Hugo – głosują fani, dwuetapowo, głosy liczy się metodą “australijską” (to się formalnie nazywa chyba Single Transferable Vote). Pamiętam, że ogólne zasady wymyśliliśmy podczas jakiejś oficjalnej imprezy (chyba “Fantastyki”) w Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Na ławeczce w holu Ela zebrała mnie i Tomka Kołodziejczaka, spisaliśmy pomysł, przegłosowany potem na Polconie. Pierwszym laureatem na nowych zasadach został Andrzej Sapkowski za opowiadanie “Mniejsze zło” na krakowskim Euroconie (1990).

A poza fandomem – kim jesteś?

Matematykiem. Tłumaczem. Mężem, ojcem i dziadkiem.

Oczywiście, mógłbym powiedzieć, że nie ma życia poza fandomem – choć to nieprawda, w każdym razie – wydaje mi się – nie w tym sensie, którego dotyczy pytanie. Natomiast łatwo zauważyć, że (poza matematyką) moje pozostałe życiowe role jakoś się z fandomem wiążą (co do wnuków, to jeszcze zobaczymy, na razie wciągają się z wolna).

A! Byłbym zapomniał. Narciarzem jestem. To znaczy, poza fantastyką z jej rozmaitych przejawach, interesują mnie narty (alpejskie). Sam jeżdżę i kibicuję innym.

Czy te dwie sfery się jakoś przenikają?

Mam wrażenie, że odpowiedziałem powyżej. Oczywiście, że tak! Tłumaczenie, które jest moim zawodem od lat, dotyczy prawie wyłącznie fantastyki, a zacząłem tłumacząc teksty dla fanzinów. Rodzina też jest mniej lub bardziej zaangażowana w środowisko.

Jaką cechę Twojego fandomu uważasz za najcenniejszą?

Czy ja wiem, czy mojego? W ogóle fandomu. Kiedyś Brytyjczycy mawiali “FIAWOL” – to znaczyło “Fantom is a way of life”. Fandom to sposób życia. Pewna bezpośredniość, pewna skłonność do naturalnego budowania mostów – na ogół, oczywiście, bo zdarzają się wyjątki. Myślę, że właśnie zbiorowość jest najcenniejszym elementem fandomu.

Odkąd trafiłem do klubu, zmieniło się moje podejście do ludzi, do życia, do instytucji. No i ja się zmieniłem, nie tylko z powodu wieku. Wydaje mi się, że fandom w dużej części mnie uformował.

Mój świat byłby zapewne uboższy, gdybym nie trafił do fandomu…

Rozmowę przeprowadził Jacek Falejczyk