Szymon „Simon” Plechowski – dobre słowo nikomu zęba nie złamało

Kim jesteś i skąd się wziąłeś?

Jestem Simon, a przynajmniej tak kojarzy mnie większość znajomych (niektórzy nawet wierzą, że tak mam w dowodzie). Jestem z Torunia i chociaż zdarzyło mi się mieszkać gdzie indziej, od lat jestem związany z tutejszym fandomem.

Do jakich fandomów należysz?

Jestem fanem fantastyki książkowej i filmowej, lubię uniwersa komiksowe i czasem gram w RPGi, rzadziej biorę udział w LARPach.

Dlaczego akurat to?

Od dziecka dużo czytałem i jeszcze w szkole podstawowej trafiłem na fragment Hobbita w podręczniku szkolnym. Ten trop zaprowadził mnie do półki z fantastyką w bibliotece, gdzie obok Bilbo poznałem też Conana, a zaraz potem Kane’a. Przez następne lata czytałem w zasadzie albo fantastykę, albo fikcję historyczną. Stamtąd już droga była bardzo prosta do Warhammera, Świata Mroku i Dzikich Pól.

Jak trafiłeś do aktywnego fandomu?

W Toruniu funkcjonował kiedyś lokal „Piwnica Rycerska” i jak nietrudno się domyślić, przyciągał bardzo określony rodzaj klienteli. Potem znajomi stamtąd zaczęli organizować Copernicon.

Na pierwszą edycję napisałem larpa, bo zdążyłem złapać bakcyla na malutkim konwencie na obrzeżach Torunia (zdaje się, ze nazywał się TDF) i postanowiłem spróbować sił z własnym scenariuszem.

Na drugiej edycji znajomy zatrzymał mnie w wejściu pytaniem, czy nie chciałbym się przydać w organizacji i zanim się obejrzałem, stałem na warcie jako Patrol przy tylnym wyjściu z sali, w której odbywało się spotkanie autorskie z Andrzejem Sapkowskim (miałem też przyjemność zapozować do zdjęcia Pani Marii Sapkowskiej i uważam to za highlight mojej krótkiej kariery w Patrolu).

Na trzeciej edycji dostałem propozycję objęcia funkcji organizatora wolontariuszy, bo okazałem się jedynym pasującym kandydatem (czytaj: innych nie było) i można powiedzieć, że od tego momentu byłem już uzależniony.

Jak obecnie realizujesz swoje zaangażowanie w hobby?

Niestety ze względu na wyjazdową pracę mam niewiele czasu na aktywną realizację swoich hobby, stąd RPGi zdarzają mi się okazyjnie, a larpy zupełnie „od święta”. Książki zamieniłem na audiobooki, chociaż regularnie zasilam domową biblioteczkę obiecując sobie, że kiedyś to wszystko przeczytam. Z kinem jestem w miarę na bieżąco, ale że czasu mało, dwa różne seanse jednego dnia to u mnie nic niezwykłego (ktoś musi zjeść ten cały popcorn).

Co uważasz za swoje największe fandomowe osiągnięcie?

Kiedy zostałem organizatorem wolontariuszy, postanowiłem wprowadzić tam trochę innej jakości, bo nie podobał mi się sposób traktowania Gżdaczy jaki widziałem wcześniej.  Organizatorów przeszkoliłem pokrótce z uprzejmego podejścia, a dla Gżdaczy ustaliłem cztery proste zasady, żeby wszystkim lepiej się współpracowało:

– dobre słowo nikomu zęba nie złamało (irlandzkie przysłowie), o tym, że bycie uprzejmym nic nie kosztuje, 

– Gżdacz w koszulce funkcyjnej, to Gżdacz na służbie, czyli po dyżurze zmieniamy koszulkę funkcyjną na cywilną, żeby nie mylić organizatorów i innych osób, które mogą potrzebować pomocy,

– Miej oczy szeroko otwarte, czyli zwracaj uwagę na otoczenie i ludzi, którzy się w nim znajdują, bo możesz łatwiej służyć pomocą,

– Twarde prawo, ale prawo, zasada wyjaśniająca, dlaczego każdy powinien przeczytać regulamin.

Nie były odkrywcze, ale dość zwięzłe i podane w sposób, który pomagał zrozumieć, czego ogólnie oczekuję od Gżdaczy. Do tego dochodziło jeszcze kilka obowiązków funkcyjnych, jak roznoszenie wody dla prelegentów, kontrola czystości toalet, czy wynoszenie śmieci. Te obowiązki dziś brzmią dość oczywiście, a forma brzmi nieco archaicznie (tak, miejscami mnie poniosło), ale już na samym konwencie słyszałem od Gżdaczy, że pierwszy raz wiedzą czego się od nich oczekuje. Ten feedback utwierdził mnie w przekonaniu, że idę właściwą drogą.

Możesz jednak wyobrazić sobie moje zaskoczenie, kiedy w zeszłym roku (ponad dekadę od mojej pierwszej edycji w roli organizatora wolontariuszy) pewien koordynator zacytował przy mnie jedną z tych zasad nie wiedząc, że jestem jej autorem. Poczułem wtedy, że faktycznie udało mi się wnieść coś od siebie w świat konwentów.

A poza fandomem – kim jesteś?

Spotkasz mnie na imprezie psytrance i na koncercie black metalowym. Wybiorę się na łono natury, ale też na urbex. Wezmę udział w rekonstrukcji historycznej i w konwencie prepperskim. Postrzelam z łuku, pomacham kettlami, albo pójdę na ściankę wspinaczkową. Podyskutuję o ideach, potem zajmę się rzemiosłem w warsztacie. Gromadzę różnoraki szpej, żeby przez większość czasu funkcjonować na niezbędnym minimum.

Wygląda na to, że jestem zbiorem pozornych sprzeczności.

Czy te dwie sfery się jakoś przenikają?

Oczywiście. Wszystko zaczyna się w wyobraźni, a każde z nowych doświadczeń poszerza jej horyzonty. To cykl, z którego można czerpać całe życie.

Jaką cechę Twojego fandomu uważasz za najcenniejszą?

Mimo że fantastyka w ostatnich latach mocno wchodzi do mainstreamu, większość fantastów z różnych względów pozostaje w swoich niszach.

Fandom konwentowy pozwala każdemu być sobą wśród ludzi o podobnych zainteresowaniach, daje też możliwość odkrywania nowych hobby i nawiązywania nowych znajomości. Tu każdy znajdzie swoje miejsce, trochę jak marvelowskiej szkole profesora Xaviera.