Radosław Kot – hobby istnieje nadal, chociaż stało się też pracą

Kim jesteś i skąd się wziąłeś?

Radosław Kot, urodzony 9 listopada 1961, absolwent poznańskiego IV LO, potem UAM. Rodzinnie związany od pokoleń z Wielkopolską i Poznaniem. Poza fantastyką rozwinęło mi się przez lata jeszcze kilka innych zainteresowań i obszarów bliskich, jak kociolubność, modelarstwo, fotografia (w tym plane i trainspotting), lotnictwo, marynistyczna historia i archeologia podwodna czasów współczesnych. To tak z grubsza.

Do jakich fandomów należysz?

Chyba nawykłem myśleć, że fandom jest jeden, chociaż zdaję sobie sprawę, że od parudziesięciu lat rozwija się jego „specjalizacja”. Zetknąłem się z nim w czasie, gdy był powszechnie kojarzony z różnymi przejawami SF&F i ogólnie nadal mi to wystarcza — zwłaszcza że różne nowe przejawy potrafią być nawet ciekawe i często łatwo dostrzec ich powiązania z wcześniejszymi.

Dlaczego akurat to?

Tak wyszło. Pewnie przez to, że książki SF były w domu i kilka z nich poznałem, zanim jeszcze nauczyłem się czytać. A gdy czytać zacząłem, to poszło szybko. W wieku 12 lat to były już moje światy i tak zostało. W latach osiemdziesiątych zdarzało mi się nawet pisać teksty na ten temat do kilku gazet i periodyków, w jakiś sposób więc się ujawniłem, chociaż nie było to połączone z działaniami fandomowymi.

O czym były te teksty i do jakich periodyków?

Były to głównie krótkie recenzje ukazujących się na bieżąco książek SF (najczęściej w Gazecie Poznańskiej), niemniej w późniejszym okresie najbardziej osobliwym przedsięwzięciem było ulokowanie w czasopiśmie Wiraże (wydawanym przez siły ogólnie lotnicze) strony z prozą SF, wraz z notkami o autorach. Było to w czasie, gdy Wiraże przez jakiś czas funkcjonowały ogólnodostępnie na rynku (wcześniej były tylko „pismem wojskowo wewnętrznym”). Trafiło tam coś z Harrisona, Bułyczowa, Frankego i innych, zawsze teksty w szerszym obiegu premierowe, w przekładzie ludzi związanych z Orbitowym Kwazarem, jak i moim. Cenzura jakoś nie miała nigdy nic przeciwko (chociaż wciąż potrafiła wtedy ingerować, gdy zbyt dobrze pisało się np. o zachodnich aliantach z drugiej wojny).

Jak trafiłeś do aktywnego fandomu?

Jestem raczej aspołeczny, przez co chociaż pierwszy mój kontakt z rodzącym się wówczas fandomem miał miejsce w 1976 roku, kolejna okazja w 1982 była mało energiczna z mojej strony i nieskuteczna. Ostatecznie zajrzałem do Osiedlowego Domu Kultury Orbita dopiero w 1987 i wtedy przystałem do Klubu. W drugiej chronologicznie odsłonie w 2001 roku zetknąłem się z klubem Druga Era i chociaż trwało to dłużej, jakieś dziesięć lat później do niego wstąpiłem.

Jak obecnie realizujesz swoje zaangażowanie w hobby?

Jako hobby istnieje nadal, chociaż stało się też pracą. Z końcem lat osiemdziesiątych spróbowałem swoich sił w tłumaczeniach prozy, co miało w swojej genezie związek z ludźmi z Orbity, i nie trwało długo, a okazało się, że całkiem mi ta działalność odpowiada. Większość przetłumaczonych przez mnie książek to SF lub fantasy, chociaż poza tym są tam różne pozycje z non-fiction, jak i odrobina prozy niefantastycznej. Łącznie zebrało się tego dotąd dobrze ponad sto tytułów.

Coś wartego pochwalenia się?

Najbardziej czuję się związany z książkami, które sam tropiłem i chciałem zrobić. I kilka razy tak się udało. Dotyczy to między innymi cyklu Szpitala Kosmicznego Jamesa White’a — kupionego jeszcze dla wydawnictwa CIA-Books, ale niewydanego wtedy, który ostatecznie trafił do mnie lata później w Rebisie (poza pierwszym tomem, przełożonym znakomicie przez Wiktora Bukato). Inną taką książką był Duch Wielkiej Ławicy A. C. Clarke’a — sugerowany bez powodzenia tu i ówdzie, po czym zaproponowany nagle do przetłumaczenia z innej całkiem strony. Zaś najbardziej dotyczy to zapewne cyklu Odysei Kosmicznej Clarke’a — krótki przekład fragmentu powieści to było pierwsze, co kiedyś „opublikowałem” (gdzieś w 1978, w gazetce szkolnej, ale zawsze, i wtedy był to przekład z rosyjskiego, bo inna wersja nie była dostępna). Później przyczyniłem się do oficjalnego ukazania się tytułu w Wydawnictwie Poznańskim, ale nie w moim tłumaczeniu. Dopiero czwarty tom trafił do mnie w Amberze, niemniej kilka lat temu, czystym zbiegiem niezawinionych całkiem okoliczności otrzymałem całość dla wykonania nowego przekładu. I to było to.

Podobnie traktuję spotkania z prozą autorów, których po prostu mam za ciekawych przez to, jak zwykli pisać — na przykład Ian Watson, Brian Aldiss czy Ursula Le Guin. Samą możliwość pracy z ich tekstami mam za atrakcyjną. W pewien sposób dotyczy to także Michaela Moorcocka, chociaż powody są nieco inne, związane z jego rolą w „dojrzewaniu” literatury fantastycznej.

Zaś przez jakiś czas, na początku lat dziewięćdziesiątych, pracowałem też w CIA-Books, głównie jako rights manager, ale zasadniczym polem mojego zainteresowania była właśnie fantastyka. Udało się wtedy ściągnąć i wydać kilkanaście i tytułów, o których z dawna się słyszało, czy które czasem nawet znało, ale dla polskiego czytelnika była to jeszcze terra incognita.

Niezależnie zaś od tego powrót do kontaktów klubowych i konwentów (w tym także Euroconów) zaowocował w zeszłym dziesięcioleciu pracą przy kilku Pyrkonach oraz dwóch Polconach, głównie w obszarze poszukiwania i zapraszania gości zagranicznych.

Pyrkon, Polcon, Eurocon – czym się dla Ciebie różnią te imprezy? Albo szerzej – te podzbiory fandomu, które można na nich spotkać?

Ludźmi są to imprezy podobne — pełne „swoich ludzi”, którzy zwykle wiedzą, gdzie trafili. Jakiś czas temu były odmienne strukturą wiekową (gdy polski fandom był jeszcze młody, zachodni zaś reprezentował wszystkie grupy wiekowe), ale obecnie ta różnica zniknęła już z przyczyn naturalnych. W porównaniu z Euroconem czy Worldconem Pyrkon jest oczywiście o wiele bardziej różnorodny, co w sumie jednak niewiele zmienia, gdy i tam jest podzbiór uczestników tożsamych z tymi, którzy tworzą inne, zasadniczo jakby „wyspecjalizowane” konwenty.

Co uważasz za swoje największe fandomowe osiągnięcie?

Prywatnie — że hobby stało się pracą, którą lubię. Fandomowo — że kontakt z ludźmi, tworzącymi fandom trwa od dziesiątków lat i że udało się dorzucić kilka cegiełek do fandomowej działalności.

A poza fandomem i przekładami – kim jesteś?

Z wykształcenia jestem socjologiem, magisterkę i doktorat (z zakresu filozofii społecznej) pisałem z literackich utopii XX wieku, czyli w dużym stopniu właśnie SF. Od 1985 roku pracuję na Politechnice Poznańskiej, zajmując się obecnie w działalności wykładowej głównie przedmiotami społecznymi oraz metodologią nauk.

Czy te sfery się jakoś przenikają?

Z zawodową działalnością tłumacza zainteresowanie fantastyką przenika się w sposób oczywisty, jak już wspomniałem. Z pracą wykładowcy także, chociaż w mniejszym stopniu. Niemniej ktokolwiek ma ze mną zajęcia bez większych trudności może się zorientować, że SF&F są mi bliskie. No i przy okazji mocno przydatne, zwłaszcza w kontekście metodologii nauk, gdzie poświęcam im nieco uwagi.

Jaką cechę Twojego fandomu uważasz za najcenniejszą?

Chyba to, że trwa. Czy w tej nieformalnej ogólnej postaci, czy w sformalizowanych przejawach, jak kluby, trwa i działa i można się do niego odwołać, można z nim popracować czy chociaż pogadać.